Reklama


Zaatakował „Śnieżną Panterę”

Tomasz Kowal­ski pod­jął się nie­zwy­kle ambit­nego zada­nia, chciał wejść na wszyst­kie pięć naj­wyż­szych szczy­tów daw­nego Związku Radziec­kiego. Choć mara­ton skoń­czył się przed cza­sem, to jed­nak alpi­ni­sta jesz­cze nie powie­dział ostat­niego słowa.

Tomasz Kowalski był o krok od zdobycia prestiżowego trofeum. Do osiągnięcia celu zabrakło jednego szczytu. Alpinista nie daje jednak za wygraną

Tomasz Kowal­ski był o krok od zdo­by­cia pre­sti­żo­wego tro­feum. Do osią­gnię­cia celu zabra­kło jed­nego szczytu. Alpi­ni­sta nie daje jed­nak za wygraną – fot. TK

Śnie­żna Pan­tera”, to nagroda, jaką otrzy­muje się za zdo­by­cie pię­ciu szczy­tów byłego ZSRR w ciągu jed­nego sezonu. Jak na razie, rekor­dzi­stami są Denisa Urubka i Sier­gieya Molo­tov, któ­rzy to w 1999 roku potrze­bo­wali jedy­nie 42 dni na osią­gnię­cie tego celu. Z podob­nego zało­że­nia wyszedł pocho­dzący z Dąbrowy Gór­ni­czej Tomasz Kowal­ski. Wsparty przez fun­da­cję im. Andrzeja Zawady, alpi­ni­sta zaata­ko­wał szczyty w lipcu, jed­nak natra­fił na spore prze­szkody. Jedną z nich była ekipa… a w zasa­dzie jej brak.

- Zazwy­czaj tego typu przy­go­to­wa­nia trwają pół roku, a nawet rok. Tutaj jed­nak musiało się to sku­mu­lo­wać w 3 mie­siące. Nie udało się zebrać dużej ekipy, bowiem ciężko w tak krót­kim okre­sie jest komuś zapla­no­wać wyjazd na 2 mie­siące – przy­znaje Kowal­ski. W trak­cie swo­jej podróży mógł liczyć na wspar­cie Agnieszki Kor­pal, która wspięła się na pierw­szy szczyt, Pik Lenina. Póź­niej jed­nak dąbro­wia­nin radził sobie sam.

Samot­ność była jedną z głów­nym prze­szkód, z którą musiał wal­czyć. To ona doskwie­rała mu naj­bar­dziej. – Są ludzie, któ­rzy mają skłon­no­ści do bycia samemu, jed­nak to zde­cy­do­wa­nie nie jest dla mnie. Wpraw­dzie byłem już sam w górach, ale to nie to samo. Po pierw­sze, nie można z nikim poroz­ma­wiać, a po dru­gie wszyst­kie czyn­no­ści trzeba wyko­ny­wać samemu. To nie jest pro­ste – przy­znaje Kowal­ski. Alpi­ni­ście do nagrody „Śnie­żnej Pan­tery” zabra­kło tylko, lub aż, jed­nego szczytu. Samot­ność, z która zma­gał się przez dłuż­szy okres, rów­nież się do tego przy­czy­niła. – Na pewno była to jedna z przy­czyn, że nie pró­bo­wa­łem „samot­nego ataku” na Pik Pobiedy. Przy­czyną była także dobra pogoda, a lodo­wiec nie był sta­bilny. Samotna próba mogłaby być tą ostat­nią – przyznaje.

Choć sierp­niowa próba nie powio­dła się, dąbro­wia­nin zapew­nia, że na tym nie zakoń­czy swo­jego podej­ścia. – Na pewno wrócę tam w przy­szłym roku, myślę też, że uda się zor­ga­ni­zo­wać więk­szą ekipę. Mimo wszystko, prze­ży­cia z czte­rech szczy­tów są nie­za­po­mniane, na pewno także ludzie, któ­rych tam spo­tka­łem – zakoń­czył. Jak zapew­nił, „roz­grzewką” może być atak na jeden ze szczy­tów na gra­nicy Chin i Kir­gi­stanu. Kowal­ski w ciągu 28 dni zdo­był cztery szczyty: Pik Lenina, Pik Kor­że­niew­skiej, Pik Komu­ni­zma oraz Chan Ten­gri. Nie­zdo­byty pozo­staje Pik Pobiedy.

  • ADAM

    trzy­mamy kciuki!!! W przy­szlym roku na pewno sie uda!!!



Twoje Zagłębie © 2012 Wszelkie prawa zastrzeżone